niedziela, 3 maja 2026

Bieg Dzięcioła

Dzisiaj miałam Bieg Dzięcioła (a właściwie dzięciołów).

Odkąd po przeprowadzce mieszkam blisko Puszczy Bukowej, biegam już tylko po lesie. Chociaż nie mieszkam przy samym lesie i potrzebuję przejść do niego jakieś 2 kilometry przez miasto, to biegać zaczynam dopiero w lesie, a do samego lasu po prostu idę, traktując ten marsz jako rozgrzewkę przed biegiem. Strasznie nie lubię biegać po mieście, po betonie, między blokami, samochodami, ludźmi... ale kto lubi?

Idę więc w kierunku lasu, a tu z zarośli przy ulicy sfruwa mi prosto przed nogi duży i nienormatywnie piękny - dzięcioł zielony. Ląduje na chodniku dwa-trzy metry przede mną - po prostu zastępuje mi drogę. I tak sobie stoimy i patrzymy na siebie przez chwilę. 

Moje zaskoczenie nie jest aż tak duże, jak by się można tego spodziewać, bo Pięknego Zielonego widziałam już w tym roku w tych właśnie zaroślach, i przechodząc tędy nieraz go wypatruję - zawsze bezskutecznie. Teraz zamyśliłam się, zapomniałam o wypatrywaniu go, więc sam wszedł mi dosłownie przed oczy. "O czym ty myślisz, dziewczyno, ja tu jestem a ty na mnie nie patrzysz!?"

No dobra, popatrzyliśmy na siebie, ale ja dziś w planach mam pobiegać dłużej po lesie, zanim upał się w pełni rozkręci. Zaczynam więc iść powolutku do przodu, sugerując Pięknemu Zielonemu nieśmiało, że to tak trochę nieuprzejmie zastępować innym drogę...  No, ustąpił, odfrunął na pień drzewa obok i już stamtąd spoglądał na mnie urażony, jak można przekładać jakąkolwiek inną aktywność nad patrzenie na niego...

Ledwo wbiegłam do lasu, skręcając w jakąś boczną ścieżkę, którą jeszcze nie biegałam - dwa metry przed moimi stopami, jeszcze większy choć mniej piękny - dzięcioł czarny... 

No, tego pana z tak bliska spotykam pierwszy raz, ale po przedchwilowej randce z Pięknym Zielonym już nawet nie jestem zaskoczona. Mniej Piękny Czarny nawet nie myśli o odfruwaniu na drzewo, odsuwa się tylko o jakiś metr w bok i krzyczy na mnie z dezaprobatą, wyraźnie zniesmaczony pojawieniem się w jego rewirze jakiegoś ludzia o siódmej rano w majówkę. Nie zatrzymuję się więc, choć okazja popatrzenia na niego z tak bliska może się prędko nie powtórzyć. 

Truchtam dalej. Krzyczy na mnie kolejny dzięcioł, ale tym razem z drzewa, i pod światło nie widzę go dobrze, chyba to jednak tym razem któryś z tych "klasycznie" ubarwionych. Następnego dzięcioła już tylko słyszę, stukającego w drzewo. Cztery dzięcioły na liczniku, a to dopiero 2,5 kilometra. Nie liczę paru innych mniejszych ptasząt stających mi na drodze, a tym bardziej tych dziesiątek, jeśli nie setek, śpiewających dokoła. Zastanawiam się, kogo spotkam dalej.

Znów wybieram nową ścieżkę - i spotykam liany kokornaka. No, przy nim trzeba się zatrzymać i udokumentować fotograficznie "tu byłam".

Dziewczyno, ty miałaś dzisiaj biegać, a nie gapić się na dzięcioły i strzelać fotki kokornakom!

Ledwo tak się upomniałam, kilkanaście kroków dalej natrafiam na całe morze młodziutkich, lśniących siewek lipy. 

Jak się nie zatrzymać przy siewce lipy? Z tymi jej rozczulającymi liścieniami, jak wyciągnięte w górę rączki z rozpostartymi paluszkami...

W dzieciństwie mama na mnie krzyczała, żebym plewiąc ogródek nie zostawiała siewek drzew. I miała rację, bo okoliczne drzewa rozsiewały się tak obficie, że gdyby ich dzieci nie mordować, to wystarczyłoby kilka lat, by zamiast ogrodu i podwórka mieć nieprzebyty las. A najwięcej było zawsze siewek lipy, z dwóch dużych lip rosnących tuż przed domem. Mama mogła na mnie krzyczeć, a i tak zawsze musiała poprawiać po mnie plewienie, bo nie byłam w stanie wyrywać tych błagających mnie o litość rączek lipiątek…

Zostawiam lipiątka, trzeba biec dalej. Z siódmej robi się ósma, prawie dziewiąta, na leśnych ścieżkach zaczyna pojawiać się coraz więcej ludziów, już chyba żadne dzięcioły nie będą mi zastępować drogi? Może chociaż w drugiej połowie trasy trochę więcej pobiegam zamiast chodzić?

Ale znów staję jak wryta - tuż koło ścieżki na liściach tańczą tajemnicze, zwiewne czarne anioły. Gapię się więc na te cuda i próbuję robić im zdjęcia, choć wiem że telefonem nie zrobię im dobrego zdjęcia, oddającego ich urok.

Specjalnie wyszłam z domu wcześnie, żeby nie łazić po tym upale - a tu dzięcioły, kokornaki, lipiątka, anioły... Jak tu trenować?


środa, 22 kwietnia 2026

Dzień Ziemi

22 kwietnia. Dzień Ziemi. Urodziny Tomka.

Brata, który dał mi najlepsze i najgorsze rzeczy w moim życiu.

Może dlatego, że wychowywałam się bez ojca, starszy brat miał tak istotny wpływ na rozwój mojej osobowości.

I teraz myślę, że zbyt rzadko zastanawiałam się nad tym, jak bardzo na samym Tomku musiał odbijać się brak ojca, brak męskiego wzoru i życiowego przewodnika.

Wokół siebie nie widział zbyt wiele dobrych wzorów.

Uczę się wybaczać sobie i jemu, uczę się wypłukiwać z serca żal, gniew, strach i poczucie winy, które przecież po jego śmierci są już tak zupełnie bezcelowe i niepotrzebne. A mimo swojej bezcelowości - istnieją.

Nie umiem się nauczyć nie widzieć odbicia Tomka w twarzach młodych mężczyzn, nieraz tylko przelotnie, przypadkowo mijanych - czasem w podobieństwie fizycznym, bardziej w odbiciu duszy, w spojrzeniu, wyrazie twarzy, ruchach, widzę nagle przebłysk Tomka na którymś etapie jego życia, którejś części jego osobowości.

"To, co jest najbardziej osobiste, jest również najbardziej ogólne."

Może wszyscy, tak jak Tomek, jesteśmy tylko pogubionymi dziećmi, błądzącymi w labiryntach, często sprzecznych ze sobą i przekraczających nasze siły, wymagań nawarstwianych przez społeczeństwo, kulturę, nasze własne pragnienia i lęki.

Nie każdy ma dość siły i czujności, by w tych labiryntach nie zagubić się bezpowrotnie. Nie każdy ma wsparcie, które pomoże choćby przeczołgać się przez najzawilsze zakręty.

Nie każdy ma siłę i determinację by się zmieniać. Nie każdy zdąży.

niedziela, 5 kwietnia 2026

W płaczu utulaj

 

 
Niedługo minie rok, odkąd zaczęłam regularnie przychodzić na Plac, na Kotwicę, na Spotkania przy Zupie, by dołożyć moje dwie lewe ręce do wyjątkowej Ekipy rozdającej ludziom Ciepło.
 
Choć do pomocy przy Zupie zaczęłam przychodzić w kwietniu zeszłego roku, to nie wtedy byłam na Placu pierwszy raz. Pierwszy raz przyszłam na Plac - na chwilę, po to by oddać opatrunki dla działających na Placu medyków - jeszcze ponad rok wcześniej, w Placową Wigilię w 2023 roku, w świąteczne spotkanie, na którym oprócz coczwartkowej zupy były dla każdego potrzebującego świąteczne paczki - i muzyczny duet śpiewający dla nich na Placu kolędy. 
 
W zimowy, ciemny wieczór, zupełnie nieznająca tej części Szczecina, straciłam orientację i błądziłam jakiś czas, skręcając w niewłaściwe uliczki. Aż zaczął dochodzić do moich uszu słodki, ciepły kobiecy głos, śpiewający kolędy - i już wiedziałam, w którą stronę mam iść, i po tym słodko śpiewającym w ciemnościach głosie doszłam, jak po nitce do kłębka, na Plac. 
 
Na Placu, w półmroku, tłum Ludzi czekających w długiej kolejce na dary, które przygotowali dla nich inni Ludzie. I ten śpiewający głos. Gdy przyszłam na Plac, kobieta śpiewała właśnie kolędę "Lulajże Jezuniu", której refren, usłyszany tam na Placu, uderzył mnie swoim z nim pokrewieństwem.
 
Nie wchodziłam głębiej na Plac, nie rozmawiałam z nikim, dla mojego introwertyzmu to, że w ogóle przyszłam na tę chwilkę było już i tak ogromnym zadaniem - przekazałam tylko opatrunki wolontariuszom stojącym na brzegu Placu i odeszłam, ale jeszcze przez długi czas, odchodzącą, ścigał mnie powtarzany refren: "A ty go, matulu, w płaczu utulaj..." 
 
Usłyszałam wtedy, wyśpiewaną, definicję Placu, definicję Spotkań przy Zupie: "W płaczu utulaj".
 
Na Placu człowiek, który cierpi, zostaje choć na chwilę utulony-otulony ciepłą zupą, ciepłym ubraniem, ciepłym uśmiechem, ciepłym słowem. Czasem też - ciepłą radą. Bez lodu pogardy i osądu.