środa, 22 kwietnia 2026

Dzień Ziemi

22 kwietnia. Dzień Ziemi. Urodziny Tomka.

Brata, który dał mi najlepsze i najgorsze rzeczy w moim życiu.

Może dlatego, że wychowywałam się bez ojca, starszy brat miał tak istotny wpływ na rozwój mojej osobowości.

I teraz myślę, że zbyt rzadko zastanawiałam się nad tym, jak bardzo na samym Tomku musiał odbijać się brak ojca, brak męskiego wzoru i życiowego przewodnika.

Wokół siebie nie widział zbyt wiele dobrych wzorów.

Uczę się wybaczać sobie i jemu, uczę się wypłukiwać z serca żal, gniew, strach i poczucie winy, które przecież po jego śmierci są już tak zupełnie bezcelowe i niepotrzebne. A mimo swojej bezcelowości - istnieją.

Nie umiem się nauczyć nie widzieć odbicia Tomka w twarzach młodych mężczyzn, nieraz tylko przelotnie, przypadkowo mijanych - czasem w podobieństwie fizycznym, bardziej w odbiciu duszy, w spojrzeniu, wyrazie twarzy, ruchach, widzę nagle przebłysk Tomka na którymś etapie jego życia, którejś części jego osobowości.

"To, co jest najbardziej osobiste, jest również najbardziej ogólne."

Może wszyscy, tak jak Tomek, jesteśmy tylko pogubionymi dziećmi, błądzącymi w labiryntach, często sprzecznych ze sobą i przekraczających nasze siły, wymagań nawarstwianych przez społeczeństwo, kulturę, nasze własne pragnienia i lęki.

Nie każdy ma dość siły i czujności, by w tych labiryntach nie zagubić się bezpowrotnie. Nie każdy ma wsparcie, które pomoże choćby przeczołgać się przez najzawilsze zakręty.

Nie każdy ma siłę i determinację by się zmieniać. Nie każdy zdąży.

niedziela, 5 kwietnia 2026

W płaczu utulaj

 

 
Niedługo minie rok, odkąd zaczęłam regularnie przychodzić na Plac, na Kotwicę, na Spotkania przy Zupie, by dołożyć moje dwie lewe ręce do wyjątkowej Ekipy rozdającej ludziom Ciepło.
 
Choć do pomocy przy Zupie zaczęłam przychodzić w kwietniu zeszłego roku, to nie wtedy byłam na Placu pierwszy raz. Pierwszy raz przyszłam na Plac - na chwilę, po to by oddać opatrunki dla działających na Placu medyków - jeszcze ponad rok wcześniej, w Placową Wigilię w 2023 roku, w świąteczne spotkanie, na którym oprócz coczwartkowej zupy były dla każdego potrzebującego świąteczne paczki - i muzyczny duet śpiewający dla nich na Placu kolędy. 
 
W zimowy, ciemny wieczór, zupełnie nieznająca tej części Szczecina, straciłam orientację i błądziłam jakiś czas, skręcając w niewłaściwe uliczki. Aż zaczął dochodzić do moich uszu słodki, ciepły kobiecy głos, śpiewający kolędy - i już wiedziałam, w którą stronę mam iść, i po tym słodko śpiewającym w ciemnościach głosie doszłam, jak po nitce do kłębka, na Plac. 
 
Na Placu, w półmroku, tłum Ludzi czekających w długiej kolejce na dary, które przygotowali dla nich inni Ludzie. I ten śpiewający głos. Gdy przyszłam na Plac, kobieta śpiewała właśnie kolędę "Lulajże Jezuniu", której refren, usłyszany tam na Placu, uderzył mnie swoim z nim pokrewieństwem.
 
Nie wchodziłam głębiej na Plac, nie rozmawiałam z nikim, dla mojego introwertyzmu to, że w ogóle przyszłam na tę chwilkę było już i tak ogromnym zadaniem - przekazałam tylko opatrunki wolontariuszom stojącym na brzegu Placu i odeszłam, ale jeszcze przez długi czas, odchodzącą, ścigał mnie powtarzany refren: "A ty go, matulu, w płaczu utulaj..." 
 
Usłyszałam wtedy, wyśpiewaną, definicję Placu, definicję Spotkań przy Zupie: "W płaczu utulaj".
 
Na Placu człowiek, który cierpi, zostaje choć na chwilę utulony-otulony ciepłą zupą, ciepłym ubraniem, ciepłym uśmiechem, ciepłym słowem. Czasem też - ciepłą radą. Bez lodu pogardy i osądu.