niedziela, 8 listopada 2026

Dzień dobry

Dzisiaj.

Mglista, pochmurna i już zimna listopadowa niedziela. 

Mimo to nad Jeziorem Szmaragdowym nadal spaceruje dużo ludzi. 

Chodzą młode, zakochane pary. Chodzą rodzice z maleńkimi dziećmi w wózkach. Chodzą rodziny z większymi dziećmi, zawsze chcącymi skręcać w tę ścieżkę, w którą rodzice właśnie nie chcą. Chodzą starsi ludzie, wolnym krokiem, trzymając się pod rękę, chyba nadal zakochani. Biegają i chodzą z kijkami ludzie w różnym wieku. Psy różnej wielkości, koloru i stopnia puchatości towarzyszą różnym grupkom ludzi - i pojedynczym ludziom. W oddaleniu od ścieżki, między drzewami, dobrze widoczny na posłaniu ze złotych liści, zaczaja się na coś czarny kot. 

Nie ma wiatru i zimno nie jest odczuwane zbyt dotkliwie, a jeszcze mniej po rozgrzaniu się wspinaczką na kolejne wzniesienia i kolejne schody. Nad Szmaragdowym, w którą stronę by się nie szło - zawsze idzie się pod górę. 

Idzie się ścieżkami wysłanymi już wszystkimi odcieniami złota. Natura jest bogata w złoto, bo mimo tego wciąż jest go mnóstwo na drzewach, przeplatającego się jednak z wciąż obecną zielenią. Zieleń samego jeziora wydaje się przyblakła przez obficie wpadające także do niego i osiadające na dnie złoto. Po jeziorze leniwie pływa stadko kaczek. Pływają blisko brzegu, wiedząc że tu zawsze mogą dostać od ludzi jakąś nagrodę za pozwolenie bycia oglądanymi.

"Kaczuszki są! Ale nie ma rybów." - oznajmia czysty, dziecięcy głosik, niosący się wyraźnie nad jeziorem.

Świat ma pozór spokojnej, bezpiecznej, rodzinnej serdeczności.

Natura i wysiłek fizyczny wyciszają, porządkują  myśli, uspokajają skołatane serca.

Idę ścieżką za grupą czworga czy pięciorga ludzi z psem. Nie jestem pewna właściwie, czy jest to jedna rodzinno-przyjacielska grupa, czy też dwie osobne, zupełnie przypadkowo idące tuż za sobą, tak że sprawiają wrażenie idących razem. Nie zastanawiam się zresztą nad tym, bo interesuje mnie w tej chwili tylko to, w którą ścieżkę skręcą na zbliżającym się rozgałęzieniu - mają cztery, a może nawet pięć możliwości do wyboru. Chcę iść sama wśród ciszy lasu, planuję więc, że w którąkolwiek oni skręcą ścieżkę, ja skręcę w inną. Cieszy mnie więc, gdy widzę, że wszyscy zaczynają skręcać w inną stronę od tej, w którą ja pierwotnie miałam zamiar iść. 

Tuż przy skrzyżowaniu ścieżek, nad ogniskiem unosi się wąska smużka dymu. Półstoją-półsiedzą tam, oparci o jakąś ławkę, zwróceni twarzami w stronę skrzyżowania, mężczyzna i kobieta. Mężczyzna trzyma w ręku miskę z jakimś jedzeniem. Emanuje z nich spokój jesiennego, relaksującego spaceru wśród natury, zakończonego - a może dopiero rozpoczętego - posiłkiem przy ognisku. 

Skręcam już powoli w moją samotną ścieżkę, ale mimo woli zatrzymuję wzrok na tej scenie, a po chwili staję jak zamurowana, patrzę i słucham, zszokowana. Moje serce, już uspokojone, już okłamane złotym spacerem, teraz umiera.

Mężczyzna, stojący przy ognisku, patrzy w nadchodzącą w jego stronę grupę ludzi ze spokojną, nienachalną, ale jednocześnie otwartą, zapraszającą serdecznością, całą swoją postawą i przyjacielskim, słonecznym uśmiechem wyrażając jakby radość na widok lubianych przez niego i oczekiwanych osób. Przez chwilę jestem pewna, że grupa, za którą szłam, przyszła po prostu na umówione spotkanie przy ognisku. 

Ale nagle pada jedno głośne, wyraźne słowo:

"Polacy?"

Nie ma odpowiedzi. Nadchodzący ludzie patrzą na pytającego w milczeniu, ze zdziwieniem i niepewnością intencji tego zupełnie nieoczekiwanego pytania. Może też z niepewnością, do kogo właściwie to pytanie było skierowane, bo teraz zaczyna być widoczne, że to jednak są dwie osobne grupy. Jedna zaczyna iść w jedną ze ścieżek, na rozwidleniu których jest ognisko, druga w drugą, obie jednak powoli, jakby w zwolnionym tempie, wpatrzone ze zdumieniem i rodzącym się lękiem w pytającego mężczyznę. 

Nie widać w nim ani cienia agresji. Stoi wciąż w tej samej, pełnej swobody i relaksu pozycji, oparty o ławkę, z miską jedzenia w ręku, rozluźniony, przyjazny, słonecznie serdeczny, całym swoim wyglądem budzący zaufanie.

Teraz swoje pytanie powtarza już wyraźnie do jednej z oddzielnych już grup:

"Polacy?"

W jego głosie też nie ma agresji, ani nawet zaczepności. Mógłby tym tonem rzucić przypadkowo mijanym na spacerze ludziom wesołą uwagę o pogodzie, albo przyjacielski żart o idącym z nimi psie.

Grupka, do której teraz tak jednoznacznie było skierowane to pytanie, czuje się już zobligowana do odpowiedzi. Po chwili wahania, nieśmiałym głosem, cali zesztywniali z lęku, gotowi do ucieczki - odpowiadają:

"Nie."

Pytający mężczyzna nie traci swojej swobodnej pogody. Wydaje się nawet zadowolony z tej odpowiedzi, była mu potrzebna właśnie taka do odegrania w całości zaplanowanej scenki. Nadal pozornie przyjacielskim, ale zarazem pobłażliwie-lekceważącym tonem wyjaśnia:

"A. Bo ja chciałem powiedzieć dzień dobry…" 

I natychmiast zwraca się do drugiej grupki:

"Polacy?"

Druga grupka, równie cicho i niepewnie jak pierwsza, odpowiada:

"Tak."

Teraz dopiero mężczyzna prostuje się, zrywa się od ławki, jakby pragnąc uściskać dawno oczekiwanych przyjaciół, i z gorącą, teatralnie podkreślaną serdecznością, powtarza do nich: "Dzień dobry! Dzień dobry!" Szybko i głośno, by mieć pewność, że pierwsza grupka też to słyszała - i zrozumiała...

Można zabijać karabinem. Można też zabijać przyjacielskim uśmiechem i ciepło, serdecznie brzmiącym słowem.

Tylko przed tym drugim nie ma już żadnej obrony.